Strona główna Artykuły Surfing, River Surfing Fotorelacja z Surf Campu w Maroko. Check it out!
Fotorelacja z Surf Campu w Maroko. Check it out!
Surfing, River Surfing
Wpisał Szyszak   
 
Wrześniowy wyjazd zaczęliśmy w Katowicach, skąd via Frankfurt dotarliśmy do Marakeszu. Jak zwykle, na lotnisku czekał na nas Hassan z wynajętymi samochodami,  srebrną Dacią Logan i Citroenem Berlingo. Plan trasy zmieniliśmy w ostatniej chwili i zamiast od razu uderzyć nad ocean zdecydowaliśmy zbadać bezkresną pustynię, ale w tym celu  należało najpierw zahaczyć o główny plac Marakeszu - Jema El Fna, gdzie mieliśmy w zamiarze nabyć niezbędne apanaże.
 
Około 13:00 byliśmy już w drodze, na całej trasie z każdej strony otaczały nas przeładowane skuterki i nie uznający żadnych reguł marokańscy kierowcy.  Droga jak na afrykańskie warunki była dobra, trasa ultra malownicza, minęliśmy góry Atlas, a stamtąd zieloną doliną Draa posuwaliśmy się w kierunku Zagory. Tuż po zachodzie słońca dotarliśmy do samych bram Sahary, wioski Mhamid. Ledwo zaczęliśmy myśleć o znalezieniu noclegu, ten znajduje się sam. Przypadkiem poznajemy chłopaków, którzy mają niewielki hotel i własne namioty berberskie na wydmach. Zostawiamy nasze auta i terenówkami jedziemy na pustynie, gdzie faktycznie czekają fajne namioty, kolacja i biba z muzyką. Cena po chwilowych negocjacjach okazała się również bardzo atrakcyjna. Kuriozalna imprezka trwa prawie do wschodu słońca. W imprezowym amoku kilku z nas wchodzi na dach białego Range Rovera… akcja kończy się poważnymi zniszczeniami dachu, ale jest noc i nikt tego nie zauważa, więc wygląda na to tym razem się nam upiecze. Najwytrwalsi budzą się ze wschodem słońca i próbują sandboardingu, który zresztą jak się przekonaliśmy jest przereklamowany.

 

Śniadanie i ruszamy nad ocean, przed nami 600 km bardzo urozmaiconych krajobrazów, dosłownie co paręnaście kilometrów zmienia się otoczenie. Raz widoki jak z Króla Lwa, bujne oazy, Wielki Kanion czy surowe pustkowie. Niewiele się dzieje. Pod koniec dnia docieramy do Agadiru. Pierwszy stop to sklepik Papy Jointa - naszego starego znajomego, gdzie uzupełniamy zapasy lokalnych przypraw;)
 
 
Agadir nie ma nic wspólnego z typowym marokańskim miastem, jest bardzo europejsko dlatego też bez chwili zwłoki zawijamy się na nasz spot położony ok. 15 km na północ. Po drodze mijamy wypasiony Pałac Króla Arabii Saudyjskiej…robi wrażenie, turbo wypas. Będzie on naszym sąsiadem na najbliższe kilka dni i jak tylko skończy się cukier lub bibułki to na pewno wpadniemy do niego pożyczyć.


Nasza baza w Taghazoute to całkiem nowy i zadbany apartamentowiec, składający się z 10 mieszkań, każde z dużym balkonem i widokiem na ocean.  Tuż obok Anchor Point. W promieniu kilku kilosów mamy co najmniej 8 zajebistych spotów, co tak naprawdę nie robi nam specjalnej różnicy bo większość z nas po raz pierwszy wejdzie z deską do wody. Deski i pianki jak zwykle ogarnia dla nas Salah, który też karmi nas co dzień w swojej restauracji.

 
Następne 8 dni mija na relaksującym plażowaniu i uganianiu się za falami. Z każdą chwilą przybywa umiejętności i determinacji, aż tu trzeciego dnia Szymon przekonuje się na własnej skórze, co znaczy człowiek versus żywioł oceanu. Wpada do wielkiej pralki z niezmiękczoną, słoną wodą i przyjmuje mocny strzał mieczem w klatę, w efekcie którego powstaje 10 centymetrowa rana i konieczny staje się wyjazd do szpitala. Na parkingu okazuje się, że szpital przyjechał do nas. Wszystko za sprawą przemiłego Kurda z Niemiec, który podróżuje po Afryce sanitarką z demobilu Bundeswehry. Oczywiście na pokładzie jest wszystko więc w sterylnych warunkach Szymon zostaje pozszywany i znowu może kusić świat swoją piękną klatką piersiową. 
 
 
Krążąc po wybrzeżu, w ciągu 8 dni nad oceanem zwiedziliśmy w zasadzie wszystkie ważniejsze spoty od Essaouiry do Agadiru, a nawet bardziej na południe, gdzie w Tifnit mieliśmy tylko dla siebie 2 kilometrową plaże i zajebiste warunki.  Na marokańskim wybrzeżu surfing rządzi, ale zdarzają się też miłośnicy kite, szczególnie w Essaouira, gdzie zawsze mocno wieje. Marokańską stolicą Kite jest jednak Dakhla, położona ponad 1000km na południe od Agadiru… Tam również byliśmy, lecz historię z wizytą w Dakhla zostawiamy sobie na następną relację.
 
Generalnie Maroko zachwyca i zaskakuje od pierwszego momentu na lotnisku. Niesamowite dzikie krajobrazy i jeszcze bardziej zjawiskowi ludzie. Mieliśmy naprawdę sporo szczęścia trafiając we właściwe miejsce, gdzie turystów widzisz tylko w przejeżdżających samochodach, a wkoło tylko lokalesi i surferzy. Jako kierunek wjazdów dla początkujących jest wręcz idealny, przelot taniej niż do Portugalii czy Francji (zdarzało mi się polecieć w obie strony do Marakeszu za mniej niż 300 zł), zakwaterowanie i jedzenie, jeśli tylko wykażesz się talentem do negocjacji, jest finalnie też dużo tańsze, niż cennikowe. Czujność jednak jest wskazana, bo zdarzają się też wpadki. Przykładowo jeden z nas, pierwszego dnia, zapłacił za możliwość zrobienia sobie zdjęcia z małpką 20 euro… Pozdro Tolek. Wracamy tam znów w styczniu 16-26, już rozglądamy się za biletami na marzec, ale moim marzeniem jest kiedyś wrócić tam na dłużej, wynająć dom i otworzyć stacjonarną polską bazę...One day.
Pozdrowienia dla wszystkich towarzyszy podróży i życzę  Szczęśliwego Nowego Roku oczywiście w Maroku ;]
Marek.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 




 

KOMENTARZE

Nick:
Tytuł:
Wygarnij:
  SECRETWORD_IMAGE
Kod Obrazka:
SPRAWDŹ TO
  • Pause
  • Previous
  • Next
1/10
NOWY TERMIN WYJAZDU DO MAROKA!

Miło nam poinformować, że uściślony został majowy termin wyjazdu do Maroka na surfing!

Zapraszamy do zapoznania się z ofertą wyjazdu, która jest tutaj: 

Maroko_Surf_Majowka2010_Taghazout.pdf

Piszcie lub dzwońcie z pytaniami, zapraszamy do udziału tych co nie liznęli jeszcze surfingowej deski,  bardziej doświadczonych kolegów i koleżanki, lub tych którzy poprostu lubią niestandardowe podróże i wyjazdy. 

Na miejscu bez wątpienia każdy znajdzie coś ekscytującego dla siebie i na miarę własnych potrzeb. Osobiście jestem zdania, że żaden z tych pięknych widoków, i miejsc, które już odwiedziłem i innych pyszności, które można było zakosztować nie zastąpi uczucia gdy po ciężkich godzinach walki z oceanem udało się przejechać pierwsze kilkanaście metrów ujarzmiając pierwszą w życiu falę.

Pozdrawiamy również gorąco grupę, która leci z nami do tego fantastycznego kraju już za niespełna 3 tygodnie!

Heil Tide!

Read more
 
                 

Tagi

Trwa Never Winter Jam
dolacz_do_facebok.jpg

partners

racing_team.jpg





green.jpg





altbmx.jpg










free.jpg



flip.jpg



mds.jpg

 

 

deska.jpg

baner.jpg

baner_color_120x90.png

 

 

basket.gif
bboy.gif
skate.gif
surfing.gif